M7

ZAGUBIENI W CIASNYCH ULICZKACH FEZU





Jest godzina 1 w nocy. Jedziemy wąską drogą przez pasma górskie. Ze snu wybudza mnie bijatyka w autobusie. Jeden z pasażerów (swoją drogą niezły "paker") rozpoczął kłótnie z innymi o zbyt głośne rozmowy. Zarówno on, jak i rzekomo winne kobiety mieli swoich sprzymierzeńców. Szarpanina pomiędzy grupami doprowadza do tego, że kierowca nie chce dalej jechać. Każe wysiadać. Po kilkunastu minutach obie grupy się uspokoiły. Możemy jechać dalej. O 3 nad ranem budzę się już sama, z zimna. Patrzę przez okno a autobus stoi w miejscu. Droga jest zaśnieżona i niestety nieprzejezdna. Dzień wcześniej ostrzegano nas przed pogorszeniem pogody w rejonie górskim Maroka. Kilka dróg zostało zamkniętych z powodu zasypania śniegiem a wielu podróżujących spędziło kilka godzin w autobusach gdzieś na górskich szlakach. Śniegu nie widywano tu od bardzo dawna i nikt z nas do końca nie wierzył w teorię o zamkniętych drogach. A jednak. Z Ouarzazate do Fez nie jeżdżą popularne i bezpieczne autobusy turystyczne "Supratours" i "Ctm". Zmuszeni byliśmy wybrać się innym lokalnym przewoźnikiem, jak się okazało jako jedyni turyści :) Sprzedawca zapewniał, że autobus to "lux" klasa, a nie działało nawet ogrzewanie.



Po około 30 minutach zawzięty kierowca ruszył do przodu. Słyszymy buksowanie kół w miejscu, jedzie wolno. Problemy ma na każdej nawet najmniejszej górce. Jechaliśmy trochę z duszą na ramieniu i okrywaliśmy się czym tylko mogliśmy, aby było cieplej. Na głowach mamy czapki, szyje owinięte szalikami a na palcach rękawiczki. 


Nie, nie pomyliło mi się-nadal jestem w Maroko. 


Około 6 nad ranem docieramy do Fezu. Wychodzimy z autobusu i rozmrażamy się w pierwszych promieniach słońca. Palce jeszcze skostniałe odmawiają posłuszeństwa. Na szczęście dworzec jest blisko medyny, gdzie rozpoczniemy poszukiwania noclegu. Wchodzimy przez jedną z bram i widzimy, że tutaj czas chyba zatrzymał się w miejscu, Handel i rzemiosło uchowały się w niezmienionej formie przez kilka tysięcy lat. Osiołki jeden za drugim dzielnie niosą żywność, narzędzia, rękodzieła. Wszystko to, czym za chwile będą handlować sklepikarze. Z jednej strony czujemy zapachy świeżo wypiekanych chlebków i przypraw a z drugiej strony odór taki, że nie ma jak złapać oddechu. Podziwiamy luksusowe hotele a z drugiej strony zerkamy na gliniane domki bez prądu. 
Trzy tysiące ciasno zbudowanych uliczek, mury domów, drzwi w drzwi, okna w okna, 9 bram wejściowych - łapiemy się na tym, że po godzinnym marszu dalej nie wiemy gdzie jesteśmy. Gubimy się po raz kolejny i kolejny. Dzień dopiero się rozpoczyna, więc nie za bardzo mamy kogo zaczepić by zapytać o drogę. Wąskie uliczki tworzą labirynt często bez nazw i numerów. GPS odmawia posłuszeństwa. Kiedy już tracimy nadzieję, na odnalezienie noclegu, w jednej z ciasnych uliczek dostrzegamy kawiarnię z wifi. Wchodzimy, padamy na kanapę i od razu zamawiamy kawę. Po prawie godzinnym relaksie i przestudiowaniu mapy na spokojnie znowu wchodzimy w labirynt. Uliczki ponownie nas przytłaczają i dezorientują. Tym razem niemal wszędzie otwarte już są sklepiki. Jest harmider. Ostatecznie do hotelu Dar Bab Guissa doprowadza nas jeden z miejscowych za opłatą. Zostawiamy plecaki, pijemy marokańską herbatę i wypoczęci ponownie wyruszamy na podbój medyny. Urzekają mnie jak zawsze i wszędzie stoiska z bajecznie kolorowymi przyprawami, warzywami i owocami. Im nigdy nie przepuszczę. Po chwili 2 kg marokańskich, słodkich mandarynek lądują w siatce. Tradycyjnie na wieczór kupujemy świeżo wypiekane chlebki. Mijamy rzemieślników wykonujących przedmioty z metalu, których stukot młotków idzie niemal na całą medynę. Ozdoby takie jak misy, lampy, czajniki nie mają sobie równych. Najpiękniej pachnie na Placu Stolarz Place en-Nejjarine. Tutaj powstają rękodzieła z drewna. 


Dziś mieliśmy ochotę na kebaba. Mielone mięso wołowe zostało ugrillowane i wsadzone w bułki. Do tego warzywa, sos i przyprawy. Mimo, że miejsce gdzie był przygotowywany kleiło się od brudu, kebab okazał się najlepszym, jaki jedliśmy w całym Maroku. Do tego dostaliśmy herbatę i oliwki w zalewie. Te nie miały sobie równych. Jak w Polsce ich nie cierpię tak w Maroko chciałam je jeść non stop.  


Garbarnie w Fezie

Co chwila jesteśmy zaczepiani przez tzw. wynajętych przewodników. Chyba na czole mamy napisane, że akurat potrzebujemy olejków arganowych, apaszek czy ozdobnych lamp. Postanowiliśmy, że za główny punkt programu obieramy tutaj jedynie garbarnie. Gdy tak błądziliśmy w ich poszukiwaniu podszedł do nas starczy człowiek i zaproponował, że nas zaprowadzi. Nauczeni już, że może to być kolejny naciągacz, grzecznie podziękowaliśmy. Starszy Pan jeszcze grzeczniej oznajmił, że zrobi to z wielką przyjemnością i nie weźmie ani grosza. Okazało się, że jest nauczycielem, dziś jest niedziela, ma wolne i lubi pomagać zagubionym turystom za zwykły serdeczny uśmiech. Starszy człowiek zaprowadził nas najpierw do garbarni mniejszej Sidi Moussa, później do większej i słynniejszej Chouwara (Szawara). Od razu powiedział, że w sklepikach nie musimy nic kupować ani nikomu płacić ponieważ jest to niezgodne z przyjętymi zasadami. 
Garbarnia Chouwara (Szawara) znajduje się na obrzeżach medyny z racji zapachu. Zaraz przy wejściu dostaliśmy listki mięty, aby trzymać je przy nosach i zagłuszyć woń. Kilkadziesiąt kadzi jest ulokowanych na kształt plastra miodu. W białych kadziach odbywa się początek procesu garbowania skór. Biel jest od używanego do tego amoniaku. Usuwane jest owłosienie i resztki mięsa. 
Pozostałe kadzie są w kolorach na jakie będą barwione skóry. W większości są to barwniki naturalne. Ufarbowane skóry suszą się na okolicznych budynkach. Najczęściej są to skóry owiec, kóz, bydła i wielbłądów.
Po zejściu na dół, o dziwo nikt widząc naszego przyjaciela nauczyciela nie chciał od nas zapłaty. Dostaliśmy jeszcze propozycję aby obejrzeć proces produkcji olejków arganowych i kremów. Widząc zadowolona minę starszego człowieka, który nam to wszystko pokazuje nie odmówiliśmy także obejrzenia procesu powstawania jedwabiu. 


Marokańskie chlebki


Najciekawszym dla nas pokazem było przedstawienie od początku jak wyrabiany jest marokański chlebek khobz. Te małe okrągłe chlebki są wszechobecne w marokańskiej kuchni. Często też zastępuje sztućce. Poszczególne rejony Maroka, jak i każda rodzina ma własny przepis na khobz. Chlebki różnią się mąką, wielkością, dodawanymi ziarnami. Wszystkie mają twardą skórkę i miękki środek i wszystkie smakują obłędnie. Po zakupie chlebka prosto z pieca nauczyciel wyjaśnił, że obowiązuje jedna cena zawsze i w całym Maroku - 1 dirham (0,40 zł).
Gdy myśleliśmy, że to już koniec atrakcji zostaliśmy zaproszeni przez naszego przyjaciela-nauczyciela do jego domu. Było to dla nas najlepsze przeżycie móc nie tylko obejrzeć tradycyjny marokański dom, ale także podglądnąć nieco zwyczaje marokańskiej rodziny. 


Labirynty feskiej medyny można jedynie ogarnąć z pobliskiego wzgórza, na które wdrapaliśmy się późnym popołudniem. Jest to wzgórze El-Qolia, gdzie znajdują się Grobowce Marynidów. Rozpościera się stąd idealny widok na medynę. Po kilku minutach podchodzą do nas dwaj chłopcy i próbują rozpocząć rozmowę ćwicząc swój angielski. Rozmowa przebiega całkiem sprawnie i jest nawet miło, dopóki nie usłyszeliśmy po polsku:
-"Dawaj kasę"
Czar prysł. 


Zapraszam do galerii zdjęć :)





garbarnia mniejsza Sidi Moussa





większa i słynniejsza garbarnia Chouwara (Szawara)









wypiekanie tradycyjnych marokańskich chlebków khobz




wytwarzanie bajecznie kolorowych tkanin






nasz nauczyciel - przewodnik
Medyna w Fezie


wzgórze El-Qolia


Panorama medyny widziana ze wzgórza El-Qolia








"dawaj kasę"

kawiarnia w feskiej medynie



medyna 
kawiarnia w medynie







































Jedna z bram do medyny

Dar Bab Guissa 

śniadanie marokańskie w Dar Bab Guissa. Jak zawsze w Maroku obfite i nieziemsko smaczne!



2 komentarze:

  1. Przywołałaś moje bardzo miłe wspomnienia! Mięta w garbarni, uliczki medyny, zapach przypraw... Żeby było ciekawiej - ja weszłam do sklepu w garbarni i przywiozłam stamtąd piękny, turkusowy puf. Za ostatni grosz :)
    A śnieg w Maroko to dopiero egzotyka. Chętnie kiedyś zobaczę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciesze sie :D tez się zastanawialiśmy nad kupnem pufy :)

    OdpowiedzUsuń